Maciej Dowbor – kolejny uczestnik ELEMENTAL Triathlon Olsztyn 2013
Czym dla Ciebie jest triathlon?Największą pasją, sposobem, stylem i trybem życia. Filozofią, oderwaniem od szarej rzeczywistości, planami na najbliższych 50 lat, fantastyczną multisportową dyscypliną, która uczy charakteru i pozwala zajrzeć głęboko wewnątrz siebie. Triathlon to pot, krew, łzy i satysfakcja z pokonywania swoich słabości, którą trudno porównać z czymkolwiek innym. I przede wszystkim fantastyczni ludzie, których łączy wspólnota pasji i skrajnych, ekstremalnych doznań. I to nie tylko z powodu wysiłku fizycznego. To bardziej walka ze swoją psychiką niż stroną fizyczną.
Jesteś zapisany na dystans olimpijski. Co skłoniło Cię do udziału w Elemental Triathlon Olsztyn 2013?
Przede wszystkim znakomity termin w moim napiętym triathlonowym kalendarzu. W tym roku planuję co najmniej 10 startów i ten w Olsztynie będzie moim pierwszym. Sezon TRI jest stosunkowo krótki, a ja nie jestem typem osoby, która potrafi 9 miesięcy trenować po to by wystąpić w jednej czy dwóch imprezach. Kocham zawody, ich atmosferę i towarzyszącą im adrenalinę.
Czy Twoim zdaniem do uprawiania triathlonu potrzebne są jakieś szczególne predyspozycje?
Na poziomie profesjonalnym, w elicie pewnie tak. Chociaż kiedy patrzę na światową czołówkę to trudno opisać jakieś wzorcowe parametry triathlonisty. Na pewno na poziomie age groups czyli amatorów to sport dla każdego. I to chyba największa zaleta tego sportu. No bo niby dobrze jest być drobnym, niezbyt wysokim, bo to pomaga w bieganiu. Z drugiej strony takie chuchro może i będzie biegać kilometr po 3.30, za to nie będzie miało pary w nogach do roweru. A już z pływaniem to kompletna zagadka. Teoretycznie najlepiej pływają dwumetrowe drągi (Phelps, Thorpe, Korzeniowski), ale tutaj pływamy na bardzo długich dystansach, poza tym pływanie, trudne technicznie szczególnie dla amatorów, ma w sumie najmniejsze znaczenie. I teraz taki wielki kloc nawet jeśli zyska kilka minut w wodzie, to później musi te swoje kilogramy targać na rowerze, a co gorsza w biegu. Więc nie ma jakiegoś złotego środka. I to chyba jest w tym sporcie najpiękniejsze.
Ile Twoim zdaniem potrzeba czasu na przygotowanie się do dystansu supersprinterskiego (0,2-8-2), który również zostanie rozegrany w Olsztynie?
To jest naprawdę króciutki dystans i sądzę, że przeciętnie zdrowa i sprawna fizycznie osoba, potrafiąca utrzymywać się na wodzie może do takich zawodów podejść z marszu, chociaż na pewno kilka tygodni podstawowych treningów nigdy nie zaszkodzi. Nie mniej jednak jest to fantastyczna okazja i dystans do rozpoczęcia swojej przygody z triathlonem.
Rok temu startowałeś w triathlonie po raz pierwszy w życiu. Jak wspominasz tamten sezon?
To była największa przygoda w moim życiu. A właściwie początek przygody, bo mam zamiar trenować do późnej starości. Co prawda pierwszy start zaliczyłem dopiero w lipcu, to jednak triathlon w moim życiu na dobre zagościł znacznie wcześniej. Zawsze powtarzam słowa mojego trenera Piotrka Nettera – esencją triathlonu jest trening, a zawody są nagrodą, wisienką na torcie. I tak rzeczywiście to wygląda. Do pierwszego startu przygotowywałem się od jesieni 2011 roku. Mój debiut w zawodach nastąpił w Suszu. Zacząłem od razu od dystansu 1/2 Ironman. I szczerze odradzam innym debiutantom takiego skakania na głęboką wodę. Mój występ byłby dużo lepszy gdybym posiadał chociaż minimum wiedzy i doświadczenia. W Suszu były ekstremalne warunki – potworny upał i wilgotność. W wyniku odwodnienia i niedożywienia postawiło mnie na biegu. Mimo dobrego pływania i roweru ostateczny wynik odbiegał od moich założeń. Na szczęście później było tylko lepiej. Mimo, że jeszcze na trasie biegowej w Suszu kląłem na wszystko i wszystkich oraz zarzekałem się, że już nigdy w życiu nie dotknę się do triathlonu, to już na mecie, wyczerpany marzyłem o kolejnych startach. Najpierw wystartowałem na olimpijce w Ełku i tam po raz pierwszy poczułem smak mikro sukcesu, bo już nie wyprzedziło mnie podczas biegu 100 osób (śmiech). Później nastąpił docelowy start w drugiej połowie sezonu czyli połówka w Borównie. I tak ku swojemu zaskoczeniu poprawiłem się aż o 24 minuty w stosunku do Susza. Zabrakło mi zaledwie 40 sekund do złamania magicznej bariery 5 godzin. Kiedy już sądziłem, że sezon się skończył, rzutem na taśmę zapisałem się na olimpijkę w Barcelonie – jedną z największych imprez TRI w Europie i na świecie. Na starcie w sumie było ponad 6000 zawodników z całego świata w tym kilku klasowych zawodników, uczestników Igrzysk Olimpijskich i Mistrzostw Świata – między innymi nasz reprezentant Marek Jaskółka. Dzięki temu zdobyłem pierwsze szlify w zawodach zagranicznych, no i po raz pierwszy ścigałem się w morzu. Sam start był również dość udany. Poprawiłem wynik z Ełku i w stawce prawie 2500 zawodników na tym dystansie byłem w 100-tce. Najważniejsze, że te 4 występy pogłębiły moją fascynację triathlonem, zdobyłem jakieś doświadczenie i po krótkim listopadowym roztrenowaniu z jeszcze większą werwą zabrałem się za przygotowania do sezonu 2013. Teraz już wiem, że urwanie każdej minuty wymaga wielu godzin konsekwentnych treningów.
Bieganie, pływanie czy jazda na rowerze?
Zdrowy rozum – wyniki, potencjał, technika – wskazują na pływanie, ale podczas zawodów najbardziej lubię rower. Wychowałem się na Wyścigu Pokoju, a później Tour de France. Graliśmy z kumplami w kapsle udając kolarzy. Teraz w trakcie części rowerowej wreszcie mogę realizować marzenia z dzieciństwa. Poza tym na rowerze spędza się najwięcej czasu i warto inwestować w taki trening. Zresztą sam trening ze wszystkich trzech jest najprzyjemniejszy, szczególnie gdy się ćwiczy z innymi i w na nowych trasach. Z trzeciej strony stara zasada mówi, że prawdziwy triathlon zaczyna się na biegu, o czym dobitnie przekonałem się na własnej skórze już w debiucie. Dlatego właśnie na poprawę tej konkurencji poświęciłem najwięcej czasu zimą.
Ile czasu tygodniowo poświęcasz na trening, aby przygotować się do sezonu triathlonowego?
Przez zimę od 10 do 15 godzin netto, czyli robię od 9 do 12 jednostek tygodniowo. Teraz jednak zaczynam dochodzić do 14 treningów, bo wchodzi normalny rower plus zakładki i siłą rzeczy będzie tego trochę więcej, bo trening kolarski to minimum 40 km, średnio ok 50-60km, najczęściej ok. 2 godzin. Poza tym zakładki też są czasochłonne. Czym bliżej ważnych startów tym więcej pracy.
Jakie są Twoje najważniejsze cele startowe w sezonie 2013?
To będzie dla mnie intensywny sezon, bo pierwszy do którego jestem poważnie przygotowany. Rok temu zaczynałem niemal od zera i dopiero uczyłem się czym jest ten sport. Dziś już wiem, że nic nie wiem, ale przynajmniej mogę się na coś nastawiać. Zaplanowałem ok. 10 do 12 startów. Głównym celem są Half Ironmany. Świadomie odpuszczam na ten sezon debiut w pełnym IM. Jeśli chodzi o starty A to w czerwcu mam IM 70.3 w Berlinie. W lipcu koncentruję się na rywalizacji z Łukaszem Grassem podczas Beko Ełk Triathlon na dystansie olimpijskim bez draftingu. W sierpniu oczywiście najważniejszy jest Herbalife Gdynia, potem we wrześniu Borówno i na koniec sezonu planuję udział w IM 70.3 na Lanzarocie. Poza tym chcę postartować w serii Garmin Iron Triathlon. Na pewno będę w Malborku i Ślesinie, o ile praca mi na to pozwoli. Celem nadrzędnym na sezon 2013 jest nowa życiówka w połówce, a konkretnie chcę złamać 4h 50′.
W Elemental Triathlon Olsztyn weźmie udział niemiecki triathlonista Michael Raelert – mistrz świata na dystansie Ironman 70.3, ale także liderzy polskiego triathlonu. Jak oceniasz swoje szanse?
No jak to jak? Ostrze sobie zęby na Raelerta. Niech się ma na baczności (śmiech). A tak poważnie, Olsztyn to dla mnie wejście w sezon. Będę miał za sobą dopiero miesiąc treningów na prawdziwym rowerze, więc nie liczę na jakiś oszałamiający wynik. Ale zawsze stawiam sobie takie małe cele. Na przykład chcę się zmieścić w czasie 2.20, chociaż w konwencji z draftingiem sporo będzie zależało od tego czy złapię jakąś mocną grupę na rowerze. Fajnie by było załapać się do pierwszych 15% zawodników w generalce i być wysoko wśród amatorów. Ale pewnie będzie ciężko, szczególnie, że wielu potencjalnych konkurentów wykonało przez zimę ciężką pracę i zrobiło olbrzymie postępy. Na pewno będą duże emocje, bo to jedne z pierwszych zawodów w Polsce i wszyscy będą bardzo podekscytowani. Jedyne czego żałuję, to fakt, że to zawody z draftingiem, ale rozumiem, że takie jest zapotrzebowanie i w pełni to respektuje.
Popularyzujesz triathlonu w Polsce. Mówisz o nim w większości wywiadów. Czy Twoim zdaniem triathlon w naszym kraju ma szansę zyskać tak wielką rzeszę zawodników jak ma to miejsce np. w Hiszpanii, w której startowałeś rok temu?
Rzeczywiście dopiero w takich krajach jak Hiszpania czy Niemcy można zobaczyć co znaczy popularność triathlonu. Na to jednak składają się dwa podstawowe fundamenty. Po pierwsze bardzo rozwinięty sport masowy czyli setki tysięcy zawodników amatorów, w tym wielu półprofesjonalnych agegrouperów oraz olbrzymi wachlarz imprez triathlonowych na wielu dystansach. Po drugie świetni zawodnicy w elicie i to zarówno na dystansie olimpijskim jak i w seriach IM. Z tym w Polsce niestety przez jakiś czas jeszcze będzie bardzo ciężko, chyba, że pojawi się talent w stylu Justyny Kowalczyk. Jednak taki jeden, nawet wyjątkowy rodzynek ostatecznie nie wiele daje, a już na pewno nie świadczy o jakimś rozwiniętym systemie szkoleniowym i nadzwyczajnej myśli trenerskiej od poziomu lokalnego po kadrę. Poniekąd winą za to można obciążyć bierny i niewydolny związek, który przez 20 lat nie wiele zrobił dla tej dyscypliny. Oczywiście jest i było wielu utalentowanych zawodników oraz trenerów, ale brakuje im wsparcia do rozwinięcia skrzydeł. Triathlon przede wszystkim potrzebuje popularyzacji. Nie da się stworzyć silnej ekipy zawodników na poziomie światowym, mając w 40 milionowym kraju zaledwie kilkudziesięciu juniorów. A potencjał świeżego narybku jest nieograniczony. Ilu jest niezłych, ale tylko niezłych pływaków, którzy w wieku 15-16 lat nie mając perspektyw na spektakularny sukces rzucają sport. Ilu jest przeciętnych biegaczy i kolarzy, którzy nawet nie wiedzą, że w ich przeciętności, ale i potencjalnej uniwersalności drzemie w rzeczywistości wielki talent. Bo właśnie taki trochę jest triathlon. To sport dla „przeciętniaków”, którzy w swojej „przeciętności” są wybitni i stać ich na rewelacyjne wyniki w multisporcie. Od kilku lat za popularyzację zabrali się ludzi nie związani ze związkiem i efekty tego widać gołym okiem. Napięty krajowy kalendarz sezonu 2013, imprezy na ponad 1000 zawodników i mnóstwo nowych ludzi, którzy znaleźli dla siebie idealny sport. Triathlon staje się modny, ale przede wszystkim daje zwykłym śmiertelnikom szansę na osiągnięcie czegoś ekstremalnego, z pozoru niedostępnego dla zwykłych ludzi. Dla mnie szczególnie cenny jest fakt, że za triathlon biorą się ludzie, którzy wcześniej ze sportem nie mieli wiele wspólnego. A na szczęście na zabawę z tą dyscypliną nigdy nie jest za późno, czego dowodem są siostra Madonna Buder i Lew Hollander – najstarsi finisherzy zawodów Ironman w limicie czasu (17h), obydwoje grubo po osiemdziesiątce.
